WSZYSTKO ALBO NIC
– Na napisanie egzaminu macie równe
sześćdziesiąt minut, mówiąc prościej, dysponujecie jedynie pełną godziną –
odparł donośnym tonem ojciec bliźniaków. – Pierwszy etap egzaminu na chunina od
zawsze składał się z testu pisemnego. Zawarto na nim dziesięć pytań, w tym
jedno, którego…
– Ale tego
jednego właśnie nie ma na teście – wtrąciła Konami z drugiego końca sali.
Rozdzielili
nas, a ja niestety byłam jedną z tych, którzy kompletnie nic nie umieli z
wiedzy teoretycznej. Rozglądałam się desperacko po sali, poszukując takich osób
jak Kusuri, Taiyo czy Minato. Niestety, nikogo znajomego wokół mnie nie było.
Po dogłębnym zastanowieniu i rozmyślaniu, jak to mi pójdzie, odwróciłam się w
prawo i moim oczom ukazała się ta sama brunetka z drużyny Akaru. Nie wiem,
dlaczego, ale ujrzałam w niej moją deskę ratunku. Nie wiedziałam, dlaczego, po
prostu czułam, że jest inna. Wpatrywała się swoimi nad wyraz inteligentnymi
oczętami w szarowłosego, groźnie wyglądającego jonina, będącego ojcem
bliźniaków. Swoją drogą, zastanawiał mnie fakt, jak to jest mieć takiego ojca w
domu… Chłopaki charakterem ani trochę go nie przypominali…
– Nie przerywaj
mi, dziewczyno – sapnął egzaminator. – Nie zadajemy żadnych pytań podczas
testu. Jakieś zasady też obowiązują
takie rozwydrzone dzieciaki jak wy. Wracając, owszem pytania dziesiątego nie ma
na kartce, gdyż jest ono podawane piętnaście minut przed końcem testu. Można
powiedzieć, że tą część egzaminu obowiązują dość odmienne zasady, jednakże… o
tym dowiecie się dopiero w swoim czasie…
Mój umysł
zaczęło nachodzić miliony najróżniejszych myśli. Rozejrzałam się nerwowo po
sali – wokół mnie znajdowały się wszystkie rzędy drewnianych, ciemnobrązowych ławek,
w których to siedzieli inni genini – jedni z nerwowymi spojrzeniami, ślepo
zapatrzonymi w ojca bliźniaków, drudzy, na spokojnie odbierający wszystkie jego
słowa, pewni swych możliwości. I jeszcze ci chunini, będący egzaminatorami,
tworzący wokół nas jedną wielką zaporę… Teraz to już definitywnie nie mogliśmy
uciec – podjęliśmy właśnie taką, a nie inną decyzję, a dociekliwe, przenikliwe
spojrzenia shinobich, wynurzające się znad ich drewnianych podpór z
śnieżnobiałymi kartkami oraz piór jedynie nas w tym utwierdzały. Jednakże,
jedynie spojrzenie szarowłosego jonina wywierało na mnie taki… lęk. Ciarki
przeszły mi po plecach, wprawiając ciało w niechciane drżenie.
– Ja zaś jestem
Hayato Shun – przerwał potok mych niebezpiecznie gnających myśli ojciec
bliźniaków swym chropowatym, donośnym basem. – Według przyznanej mi rangi,
należę do oddziału specjalnych joninów. Jako mój fach uznawane są
przesłuchania… Bo ninja na co dzień mają maski, jednakże trzeba ich odpowiednio
podejść by je zdjęli… Jedyna szansa na zadanie pytań, korzystajcie, bo innej
nie będzie!
Nim się
spostrzegłam, ręka siedzącej obok mnie brunetki natychmiast wystrzeliła w górę,
niczym błyskawica. Tak jakby się nie wahała, jednakże gdy tylko się dopatrzyłam
dokładniej, zauważyłam, jak żyły na jej prawym nadgarstku pulsują w
przyśpieszonym tempie ze stresu. Hayato zmierzył ją swoim niemalże zabójczym,
kruczym wzrokiem i kiwnął głową, dając dziewczynie dojść do głosu.
– O co chodzi?
– zapytał, odchrząkając.
Czarnowłosa
wzięła głęboki haust powietrza i nerwowo zatrzepotała swoimi powiekami.
– Ile… To
znaczy, jaka część obecnych geninów na sali ma możliwość przejścia do drugiego
etapu?
Shun zaśmiał się,
bynajmniej nie był to śmiech podobny to tego, którym to dysponował Itari czy
Jiraiya. Wyczuwało się w nim pewną ignorancję i wyższość… A może to już były jedynie moje głupie
odczucia? W końcu, nie można było oceniać ludzi po pozorach… chociaż, ojciec
kompanów z mojej drużyny naprawdę mnie przerażał, zwłaszcza ta gigantyczna
szrama na policzku nieprzyjemnie kłuła w oczy…
– Wszystko
zostanie objawione podczas dziesiątego pytania – odpowiedział tajemniczo. –
Wtedy karty zostaną odkryte… Tak naprawdę, tego testu potencjalnie możecie nie
zaliczyć, bo zadania do wykonania was przerosną…
– Chciałby pan!
– krzyknęła jakaś dziewczyna siedząca parę rzędów za mną.
Wstała z
impetem z krzesła, a na jej twarzyczce o oliwkowej karnacji natychmiast
pojawiło się zacięcie oraz determinacja. Jednakże, w jej wielkich, kruczych
tęczówkach, przypominających małe odłamy węgla, można było dostrzec złość, jaka
nią targała. Gdyby tylko mogła, zmroziłaby jonina wzrokiem. Wtem, nagle moją
uwagę zwróciły jej policzki oraz znamienia, jakie się na nich znajdowały –
prostokątne, karmazynowe trójkąty, które były pierwszą rzeczą, jakie przykuły
moje oczy… Takie same, jak u Hany! To znaczy, że była z jej klanu… To właśnie
mogła być ta jej siostrzenica, o której tyle opowiadała… Tsume, czy jak jej tam
było…
– Czy ja się
niewyraźnie wyrażam? – zapytał oschle szarowłosy. – To czas na pytania, a nie
na niedojrzałe komentarze w moją stronę.
Inuzuka znów
spiorunowała go wzrokiem i usiadła na swoje miejsce, drapiąc się od tyłu w
głowę. Zaczęła coś grymasić pod nosem, ale egzaminator już tego nie dosłyszał.
Założyła ręce na klatce piersiowej, spoglądając z utęsknieniem w błękitne,
czyste niebo za oknem. Nie mogłam od niej odwrócić wzroku – zaczęła strasznie
intrygować mnie ta jej niezależna postawa. Niechętnie znów spojrzałam z
ukrywanym lękiem w oczach na ojca moich kolegów.
Zaczął nagle
nas wszystkich mierzyć wzrokiem. Zaniepokoiło mnie to trochę – jego spojrzenie
nie należało do najprzyjemniejszych. I
nagle… moją uwagę przykuła kartka, która znajdowała się przede mną. Dopiero
teraz zauważyłam tą oślepiającą biel oraz czarny, nieprzyjemnie kłujący w oczy
tusz. Chociaż to był najzwyczajniejszy arkusz papieru… czułam przed nim
respekt. Miałam wrażenie, głęboko w
środku, że mógł mi cokolwiek zrobić. Jakby tak się temu stwierdzeniu
przypatrzeć dokładniej, rzeczywiście był w stanie odebrać moją szansę bycia
chuninem. Nie chciałam do tego dopuścić – musiałam to zdać, nie ważne, za
jakąkolwiek cenę. Przynajmniej, tak mi się wtedy wydawało.
– Ostrzegam! –
krzyknął znienacka Shun. – Kto będzie próbował nędznie imitować czynność, jaką
jest ściąganie, wyleci stąd z hukiem! Za każde przyłapanie egzaminatorzy
odejmują dwa punkty… A niestety, nie ważne, jak bardzo byście chcieli,
pracujecie na rzecz waszych drużyn… A jeśli testy będą puste w całości, nie uda
wam się przejść dalej…
Ściąganie…
zabronione?!, pomyślałam
nerwowo w duchu. Nie dość, że posiadałam braki w znajomości wiedzy
teoretycznej, a główny egzaminator, będący ojcem moich kompanów wywoływał u
mnie lęk, który bezlitośnie umiał wywlec go na wierzch wprost z czeluści
otchłani, jakim był mój umysł, to jeszcze jedyna droga, jaka mi pozostała do
zaliczenia tego etapu została zamknięta. Odgrodzona osobnym, kamiennym murem.
Oddzielona od świata żelaznymi kratami. Kiedy już się wydawało, że jestem tak
blisko wyjścia z tej sytuacji z jakąkolwiek godnością, mój plan powoli się
oddalał – nie byłam w stanie już go chwycić. Odleciał niczym latawiec porwany
przez wiatr.
– Jak już
wspominałem, macie dokładnie sześćdziesiąt minut, z zegarkiem w ręku będę to
sprawdzał – uprzedził nas swym basowym, chłodnym tonem. Odchrząknął znacząco i
nagle, kąciki jego ust uniosły się ku górze. – Zaczynajcie, i niech szczęście
będzie z wami. – ostatnie słowa dodał ledwie słyszalnym szeptem.
Odetchnęłam z
ulgą, tak jakbym spodziewała się, że Shun mógłby mnie pożreć wzrokiem. Skuliłam
głowę i wlepiłam swoje oczy w test. Mogłam jedynie sobie wyobrażać, jak pusty
jest mój wzrok, o jakiej niewiedzy, kłębiącej się w mojej głowie informował.
Dlatego też starałam się na nikogo nie patrzeć. Chciałam skupić się na
zadaniach, ale… nie potrafiłam. Czułam się bezradna. Ręce tych, którzy
siedzieli obok mnie, nawet przez ułamek sekundy nie pozostawały w bezruchu. Zaś
moje drżące dłonie były spowite przeplatanką paraliżu oraz podenerwowania. Nie,
to już nie był strach przed tym arkuszem, od którego zależało naprawdę wiele.
Mogłam nazwać to jedynie obawą – wbrew wcześniejszym pozorom nie miałam
najmniejszego zamiaru zrezygnować ze ściągania. Warunek był jeden, musiałam to
zrobić najprecyzyjniej i najciszej jak się dało. W przeciwnym wypadku nie tylko
ja miałabym kłopoty, ale i także moi koledzy.
Oświeciło mnie.
W takich typu sprawdzianach oraz pracach pisemnych zawsze znajdowało się
zadanie, które pasowało każdemu. Wystarczyło tylko się dobrze wczytać w treść.
Zanim jednak zabrałam się za realizowanie mojego pomysłu, jakaś część mnie
chciała sprawdzić ile czasu straciłam na swoje desperackie przemyślenia.
12 minut…
Nie możesz stracić więcej,
Kushina, pomyślałam w duchu, skupiając się na ćwiczeniu pierwszym.
Niestety, było
to dość bezcelowe. Niczego nie rozumiałam – tak, jakbym czytała zdania napisane
w obcym języku. Osobno, słowa miały dla mnie większy sens, ich znaczenie było
mi znajome, zaś jako wypowiedzi oraz
konstrukcje wyrazowe były nie zrozumiałe.
Nie obdarzono
mnie umysłem ścisłym. W tej materii, niestety, pośród swojego klanu w
Uzushiogakure byłam poszkodowana… Może z wyjątkiem mamy – ona również bardziej
preferowała czyny jako wiedzę sprawdzającą umiejętności. Zawsze pamiętałam, jak
ojciec marudził, jaka to ze mnie wykapana rodzicielka, nie tylko z charakterku.
Ona też posiadała długie, karmazynowe włosy, nawet dłuższe od moich. U
Uzumakich taki odcień nie był niczym odstającym od rzeczywistości – do naszej
monotonii właśnie należała barwa czerwieni, która to zdobiła nasze kosmyki. Niestety,
członkowie mojego klanu, odkąd tylko pamiętałam, cechowali się nieprzeciętnym
zmysłem logicznego myślenia, podczas gdy ja po prostu bujałam w obłokach,
mówiąc to, co ślina przyniesie na język. Dopiero później zamęczałam się
rozmyśleniami nad swoim postępowaniem.
Rozejrzałam się
nerwowo po sali egzaminacyjnej. W całym tym tłumie geninów odnalazłam Kusuri
oraz Konami. Ich ołówki ciągle pozostawały w pracy, a miny były zacięte i
zdeterminowane – ile ja bym wtedy oddała, by znaleźć się na ich miejscu… Na szczęście,
spojrzałam na Tsume – ona zdawała się mieć podobny problem do mojego, jednakże
także jej sprzęt do pisania nie leżał bezczynnie na ławce. Wręcz przeciwnie,
dziewczyna starała się wykonywać zadania i nagle uśmiechnęła się chytrze, tak
jakby odnalazła sposób na swoje kłopoty. Zrezygnowałam z dalszych obserwacji
Inuzuki, gdy przed oczami stanęły mi postury Hiku i Taiyo. Ci to dopiero mnie
rozbawili – nie dość, iż zostali posadzeni obok siebie, to ich miny były
dokładnie takie same. Obaj nie wiedzieli, co robić, zupełnie jak ja. Jeden warty
drugiego i na odwrót, a ja warta ich dwóch.
Moje niepewne
spojrzenie także przykuła blond czupryna Minato. Ani trochę nie zdziwił mnie
zapał, z jakim wykonywał zadania. W tym momencie naprawdę wydawało mi się, że
jest w stanie zostać Hokage – jakaś cząstka mnie chciała go zobaczyć na tym
stanowisku, wierzyła, że dosięgnie swojego celu. Był pracowity, zdolny, miał
przyjaciół wszędzie… dlaczego ja taka nie potrafiłam być? Przecież należałam do
ludzi, będących kompletnym przeciwieństwem Namikaze, a mimo to chciał się ze
mną przyjaźnić… Dopiero teraz to zauważyłam, poczułam. Znienacka, błękitne oczy
chłopaka zaczęły przeszywać moją postać. Ciepło oraz szczęście, jakie od nich
biło było porażające. Mimo to, odwróciłam się momentalnie, gdy tylko nasze
spojrzenia natrafiły na siebie.
Moje granatowe
tęczówki znów natrafiły na zegar.
29 min… Czyżbym
aż tyle straciła?
Schowałam swoją
twarz w dłoniach i westchnęłam głęboko. Nie widziałam dla siebie żadnej
nadziei. Nagle poczułam lekki ucisk na moim prawym ramieniu. Odwróciłam się
zdziwiona i zaczęłam się przypatrywać brunetce, siedzącej obok mnie. Rozejrzała
się czujnie po sali, zaś następnie zaczęła przysuwać swój test w moim kierunku.
– Co jest, tam
teges? – zapytałam gwałtownie.
Dziewczyna
natychmiast przyłożyła palec do ust.
– Chcę ci pomóc
– szepnęła.
– Ale ja nie
prosiłam o pomoc – zauważyłam.
Westchnęła
głęboko. Podrapała się przez chwilę w głowę i westchnęła głęboko. Mimo to, nie
zabrała kartki – a wręcz przeciwnie, brunetka nie poddawała się i dalej
niespostrzeżenie pchnęła ją w moją stronę.
– Widziałam,
jak cię traktują – powiedziała spokojnie. – Nie podzielam ich zdania.
– Nic ci do
tego, to relacje moje i tych twoich koleżków – burknęłam, próbując odsunąć jej
test. W tym momencie spojrzałam na swój arkusz. Biel kartki nieprzyjemnie kłuła
w oczy, a mnie jedynie udowadniała moją bezradność, niewiedzę… – Przecież i tak
sobie z nimi poradzę, już nie raz dawałam im po pysku! – uniosłam się.
O bogowie, jaka
ja byłam głupia! Przecież to było wiadome, a wręcz oczywiste, że nie dam sobie
rady z pisemnymi sprawdzianami umiejętności. A teraz, kiedy pomoc sama do mnie
przyszła, ja próbowałam ją odrzucić… Przecież właśnie teraz tak bardzo jej potrzebowałam…
Chciałam nie tylko sobie udowodnić, że cokolwiek potrafię. Pragnęłam, by
wszyscy ujrzeli mnie, radzącą sobie z przeciwnościami losu. W wyobraźni
widziałam siebie, uśmiechającą im się podstępnie w te ich zdziwione, niegdyś
wrogie i przepełnione wyższością twarze. Może w końcu zaczęliby mnie traktować,
jak równą sobie dziewczynę-emigrantkę, mieszkającą w Konohagakure. Jednak, w
tej lepszej wizji rzeczywistości był pewien haczyk…
Co ja sobie
wyobrażam, pomyślałam. Przecież
ja nigdy nie będą prawowitą mieszkanką Liścia, oni o tym doskonale wiedzą. A
gdyby się dowiedzieli, że posiadam bestię wewnątrz mnie, siejącą jedynie strach
i spustoszenie… Brr. Na samą myśl wzdrygnęłam się, a na moim ciele pojawiła
się gęsia skórka. W końcu, przypomniałam sobie o istnieniu Dziewięcioogoniastego,
umiejscowionego w moim ciele. Zaczynałam o nim zapominać, licząc, że naprawdę
będę mogła żyć tak, jak kiedyś. Wolna… Jednakże, ówczesna teraźniejszość nie była
na tyle kolorowa – jinchuriki nigdy nie zapomni, że na jego barkach spoczywa
ogromne brzemię. W końcu, wystarczyło jedynie popatrzeć na te wszystkie wrogie
zachowania i gesty ludzi… Tak jakby myśleli, że wraz z pieczętowaniem straciliśmy
jakiekolwiek resztki człowieczeństwa…
– Masz rację,
nic mi do tego – brunetka, wbrew moim oczekiwaniom, nie odpuściła. Nie zraziły
ją moje pyskówki w jej stronę, a przecież szacunek starszym się należał. Jej
test wciąż pozostawał w tym samym miejscu. – Ale… nie pochwalam zachowania
moich towarzyszy z drużyny.
Poczułam, jak
momentalnie powiększają mi się tęczówki. Nie, nie potrzebowałam litości oraz
współczucia, ale sam fakt, iż ona sama to zauważyła mnie po prostu… zszokował.
Nie sądziłam, że ktoś, kogo zobaczyłam pierwszy raz na oczy będzie umiał
dostrzec, jak wiele osób mnie tutaj nie chce. Gwałtownie złapałam się za
krzesło, nie miałam planach puszczenia go. Przynajmniej nie teraz. Moja dłoń była
niczym żelazny chwyt.
Przełknęłam
ślinę dostatecznie głośno, by znów zwrócić uwagę dzewczyny.
– Nie… nie
pochwalasz, tam teges… – zaczęłam niepewnie.
– Nie – odparła
kategorycznym tonem. Mimo to, obdarzyła mnie uśmiechem, a tego spodziewałam się
najmniej. – I chcę, byś miała szansę im udowodnić, że nie są pępkami świata i
że nie mogą tak bez powodu pomiatać ludźmi…
Bez powodu, pomyślałam. A gdyby się dowiedzieli
o tym, że jestem jinchuriki i mieliby powód… to jakby to wyglądało?
Nagle moje
rozmyślania przerwało znaczące chrząknięcie Shuna. Tylko tego teraz mi
brakowało! Pewnie chciał już podać zasady do ostatniego pytania… I nagle,
światełko nadziei rozpaliło się pewnie w moim umyśle. Mogę wszystko postawić na
dziesiąte zadanie. Owszem było ryzyko, ale w mojej sytuacji desperacko
potrzebowałam jakichkolwiek punktów, dowodów, iż wypełniłam jedno ćwiczenie… Bo
w końcu, ja wciąż miałam na karku pusty test.
– Właśnie równo
minęło czterdzieści pięć minut – oznajmił ojciec bliźniaków. – Czas na najważniejsze
pytanie w całym teście…
No pięknie,
to żeś trafiła Kushina, pokładasz nadzieję w zapewne najtrudniejszym pytaniu, skarciłam siebie w duchu.
– Jednakże,
muszę was o czymś uprzedzić – kontynuował egzaminator główny. –Zanim na nie
odpowiecie, wprowadzę was w realia shinobi… Życie ninja nie jest łatwe, musimy
podejmować decyzje –albo misja, albo nasz kompan. Tak właśnie jest też tutaj.
Gdy Shun
pogłębiał jedynie temat ostatniego zadania, miałam ochotę zatkać sobie uszy i
nie słuchać jego wypowiedzi. Im bardziej zdawałam sobie sprawę z ryzyka, tym
mocniej trwałam w przekonaniu, że mi się nie uda. Mimo to, postawiłam na szali,
jakim było to dziesiąte ćwiczenie cały swój egzamin na chunina – nie mogłam
sobie ot tak zrezygnować.
– Teraz macie
szansę na rezygnację. Możecie dobrowolnie odejść, próbując podejść do egzaminu
za rok – zaczął tłumaczyć. – Jednakże, gdy już zdecydujecie się zostać… no, tu
pojawia się dla was problem, kochani. Całkiem pokaźny kłopot, nie powiem, gdyż
odpowiadając źle na pytanie, możecie już dożywotnio wykonywać misje jako genini…
Co? O czym ten
Shun mówił? Przecież… jak to: dożywotnio? Nie mogłam się skupić i na trzeźwo
tego przemyśleć. Nie umiałam, po prostu, nie byłam w stanie. Musiałam zaryzykować,
ale znając swoje szczęście zapewne bym i tak nie trafiła…
Mimo to,
zauważyłam, że niektórzy już zaczęli się wycofywać. Najpierw pierwsza drużyna,
potem druga, a za nimi kolejne. Egzaminatorzy wciąż wykreślali tych, co się
poddali. Jednakże, wciąż posiadali swoją szansę, by spróbować w przyszłym roku.
Też mogłam tak zrobić, ale wahałam się. Miałam cel – chciałam udowodnić im
wszystkim, że jestem coś warta. I nie powinnam rezygnować tylko przez strach i
obawy! Nawet jeśli bym odpowiedziała źle.
Inni genini
kompletnie nie podzielali mojego zapału i uporu – sala wciąż pustoszała.
– Jun – zwrócił
się półszeptem do jednego z egzaminatorów Shun. – Powiedz mi, ile ich zostało,
co? Muszę wiedzieć, kiedy zakończyć ten ich czas, za długo teraz te dzieciaki
myślą…
– Czterdzieści
dwa – odparł po chwili zastanowienia.
– Hm… A było
ich stu dwudziestu… – zaczął się zastanawiać.
Ojciec
Hidekiego i Kiroia zakasłał tym razem, zawracając tym samym na siebie naszą
uwagę. Uśmiechnął się szczerze do nas
wszystkich, podczas gdy ja niepewnie zaczęłam coś bazgrolić na zadaniach
testowych. Pustych zadaniach testowych.
– Oświadczam
wszem i wobec, że wszyscy, którzy znaleźli się na sali, zgodnie z zasadami,
przeszli do drugiego etapu egzaminu na chunina – ogłosił entuzjastycznie Shun.
Ołówek sam
wypadł mi z ręki. Akurat wtedy, kiedy skończyłam pisać niezwykle interesujące
rozwiązanie do pytań.
Przepraszam, ale nie umiem tego
rozwiązać. Mimo to, możecie być pewni, że o mnie usłyszycie. Udowodnię wam
wszystkim, co potrafię.
Nie zamierzałam tego ścierać, jednakże okazało
się niepotrzebne. Właśnie okazało się, że zdałam.
* * *
Udało się, napisałam. Dziękuję
bardzo Ushio za pomoc w napisaniu tego rozdziału. Wychodził mi dość opornie,
zwłaszcza, że moje zwykłe przeziębienie przeobraziło się w poważne zapalenie
uszu i musiałam spędzić cały drugi tydzień ferii na antybiotyku. I jeszcze morfologia
oraz te bilanse… Pielęgniarka pewnie już posyła za mną listy gończe. A w
niedalekiej przyszłości czeka mnie jeszcze ok. 7 badań. Więc mój zastój był
jedynie spowodowany moim zdrowiem. Bardzo was za niego PRZEPRASZAM,
jednakże zima tegoroczna mi zdecydowanie nie służy, ale zaraz wiosna – może się
polepszy. No, w każdym razie ja (mam nadzieję, że mi się uda) humorki poprawić
wam mogę, bo oszacowałam, że do wielkiej sceny porwania zostały mi do opisania
jedynie dwa, góra trzy rozdziały.
No, i komentujcie. Będę bardzo
wdzięczna za wasz odzew.
Trzymajcie się ciepło,
blogerowe potworki.
Is.
PS. Chyba dopadło mnie zwątpienie, więc Rina - możesz wezwać PPP. Zdaję sobie sprawę, że ta notka wyszła źle, koszmarnie i nie ma tam żadnej mojej inwencji twórczej. Za to też was przepraszam.
Wiem, że w tym rozdziale tak jakoś mało akcji wyszło, ale w następnym rozdziale będzie jej zdeycdowanie więcej, no przynajmniej dam słowo, że się postaram.
I myślę sobie, że jak znajdę chwilę, to poprawię ten rozdział. Zmienię troszkę jego treść, jak mnie najdzie pomysł.
PS. Chyba dopadło mnie zwątpienie, więc Rina - możesz wezwać PPP. Zdaję sobie sprawę, że ta notka wyszła źle, koszmarnie i nie ma tam żadnej mojej inwencji twórczej. Za to też was przepraszam.
Wiem, że w tym rozdziale tak jakoś mało akcji wyszło, ale w następnym rozdziale będzie jej zdeycdowanie więcej, no przynajmniej dam słowo, że się postaram.
I myślę sobie, że jak znajdę chwilę, to poprawię ten rozdział. Zmienię troszkę jego treść, jak mnie najdzie pomysł.
