niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 19


WSZYSTKO ALBO NIC

– Na napisanie egzaminu macie równe sześćdziesiąt minut, mówiąc prościej, dysponujecie jedynie pełną godziną – odparł donośnym tonem ojciec bliźniaków. – Pierwszy etap egzaminu na chunina od zawsze składał się z testu pisemnego. Zawarto na nim dziesięć pytań, w tym jedno, którego…
– Ale tego jednego właśnie nie ma na teście – wtrąciła Konami z drugiego końca sali.
Rozdzielili nas, a ja niestety byłam jedną z tych, którzy kompletnie nic nie umieli z wiedzy teoretycznej. Rozglądałam się desperacko po sali, poszukując takich osób jak Kusuri, Taiyo czy Minato. Niestety, nikogo znajomego wokół mnie nie było. Po dogłębnym zastanowieniu i rozmyślaniu, jak to mi pójdzie, odwróciłam się w prawo i moim oczom ukazała się ta sama brunetka z drużyny Akaru. Nie wiem, dlaczego, ale ujrzałam w niej moją deskę ratunku. Nie wiedziałam, dlaczego, po prostu czułam, że jest inna. Wpatrywała się swoimi nad wyraz inteligentnymi oczętami w szarowłosego, groźnie wyglądającego jonina, będącego ojcem bliźniaków. Swoją drogą, zastanawiał mnie fakt, jak to jest mieć takiego ojca w domu… Chłopaki charakterem ani trochę go nie przypominali…
– Nie przerywaj mi, dziewczyno – sapnął egzaminator. – Nie zadajemy żadnych pytań podczas testu.  Jakieś zasady też obowiązują takie rozwydrzone dzieciaki jak wy. Wracając, owszem pytania dziesiątego nie ma na kartce, gdyż jest ono podawane piętnaście minut przed końcem testu. Można powiedzieć, że tą część egzaminu obowiązują dość odmienne zasady, jednakże… o tym dowiecie się dopiero w swoim czasie…
Mój umysł zaczęło nachodzić miliony najróżniejszych myśli. Rozejrzałam się nerwowo po sali – wokół mnie znajdowały się wszystkie rzędy drewnianych, ciemnobrązowych ławek, w których to siedzieli inni genini – jedni z nerwowymi spojrzeniami, ślepo zapatrzonymi w ojca bliźniaków, drudzy, na spokojnie odbierający wszystkie jego słowa, pewni swych możliwości. I jeszcze ci chunini, będący egzaminatorami, tworzący wokół nas jedną wielką zaporę… Teraz to już definitywnie nie mogliśmy uciec – podjęliśmy właśnie taką, a nie inną decyzję, a dociekliwe, przenikliwe spojrzenia shinobich, wynurzające się znad ich drewnianych podpór z śnieżnobiałymi kartkami oraz piór jedynie nas w tym utwierdzały. Jednakże, jedynie spojrzenie szarowłosego jonina wywierało na mnie taki… lęk. Ciarki przeszły mi po plecach, wprawiając ciało w niechciane drżenie.
– Ja zaś jestem Hayato Shun – przerwał potok mych niebezpiecznie gnających myśli ojciec bliźniaków swym chropowatym, donośnym basem. – Według przyznanej mi rangi, należę do oddziału specjalnych joninów. Jako mój fach uznawane są przesłuchania… Bo ninja na co dzień mają maski, jednakże trzeba ich odpowiednio podejść by je zdjęli… Jedyna szansa na zadanie pytań, korzystajcie, bo innej nie będzie!
Nim się spostrzegłam, ręka siedzącej obok mnie brunetki natychmiast wystrzeliła w górę, niczym błyskawica. Tak jakby się nie wahała, jednakże gdy tylko się dopatrzyłam dokładniej, zauważyłam, jak żyły na jej prawym nadgarstku pulsują w przyśpieszonym tempie ze stresu. Hayato zmierzył ją swoim niemalże zabójczym, kruczym wzrokiem i kiwnął głową, dając dziewczynie dojść do głosu.
– O co chodzi? – zapytał, odchrząkając.
Czarnowłosa wzięła głęboki haust powietrza i nerwowo zatrzepotała swoimi powiekami.
– Ile… To znaczy, jaka część obecnych geninów na sali ma możliwość przejścia do drugiego etapu?
Shun zaśmiał się, bynajmniej nie był to śmiech podobny to tego, którym to dysponował Itari czy Jiraiya. Wyczuwało się w nim pewną ignorancję i wyższość…  A może to już były jedynie moje głupie odczucia? W końcu, nie można było oceniać ludzi po pozorach… chociaż, ojciec kompanów z mojej drużyny naprawdę mnie przerażał, zwłaszcza ta gigantyczna szrama na policzku nieprzyjemnie kłuła w oczy…
– Wszystko zostanie objawione podczas dziesiątego pytania – odpowiedział tajemniczo. – Wtedy karty zostaną odkryte… Tak naprawdę, tego testu potencjalnie możecie nie zaliczyć, bo zadania do wykonania was przerosną…
– Chciałby pan! – krzyknęła jakaś dziewczyna siedząca parę rzędów za mną.
Wstała z impetem z krzesła, a na jej twarzyczce o oliwkowej karnacji natychmiast pojawiło się zacięcie oraz determinacja. Jednakże, w jej wielkich, kruczych tęczówkach, przypominających małe odłamy węgla, można było dostrzec złość, jaka nią targała. Gdyby tylko mogła, zmroziłaby jonina wzrokiem. Wtem, nagle moją uwagę zwróciły jej policzki oraz znamienia, jakie się na nich znajdowały – prostokątne, karmazynowe trójkąty, które były pierwszą rzeczą, jakie przykuły moje oczy… Takie same, jak u Hany! To znaczy, że była z jej klanu… To właśnie mogła być ta jej siostrzenica, o której tyle opowiadała… Tsume, czy jak jej tam było…
– Czy ja się niewyraźnie wyrażam? – zapytał oschle szarowłosy. – To czas na pytania, a nie na niedojrzałe komentarze w moją stronę.
Inuzuka znów spiorunowała go wzrokiem i usiadła na swoje miejsce, drapiąc się od tyłu w głowę. Zaczęła coś grymasić pod nosem, ale egzaminator już tego nie dosłyszał. Założyła ręce na klatce piersiowej, spoglądając z utęsknieniem w błękitne, czyste niebo za oknem. Nie mogłam od niej odwrócić wzroku – zaczęła strasznie intrygować mnie ta jej niezależna postawa. Niechętnie znów spojrzałam z ukrywanym lękiem w oczach na ojca moich kolegów.
Zaczął nagle nas wszystkich mierzyć wzrokiem. Zaniepokoiło mnie to trochę – jego spojrzenie nie należało do najprzyjemniejszych.  I nagle… moją uwagę przykuła kartka, która znajdowała się przede mną. Dopiero teraz zauważyłam tą oślepiającą biel oraz czarny, nieprzyjemnie kłujący w oczy tusz. Chociaż to był najzwyczajniejszy arkusz papieru… czułam przed nim respekt.  Miałam wrażenie, głęboko w środku, że mógł mi cokolwiek zrobić. Jakby tak się temu stwierdzeniu przypatrzeć dokładniej, rzeczywiście był w stanie odebrać moją szansę bycia chuninem. Nie chciałam do tego dopuścić – musiałam to zdać, nie ważne, za jakąkolwiek cenę. Przynajmniej, tak mi się wtedy wydawało.
– Ostrzegam! – krzyknął znienacka Shun. – Kto będzie próbował nędznie imitować czynność, jaką jest ściąganie, wyleci stąd z hukiem! Za każde przyłapanie egzaminatorzy odejmują dwa punkty… A niestety, nie ważne, jak bardzo byście chcieli, pracujecie na rzecz waszych drużyn… A jeśli testy będą puste w całości, nie uda wam się przejść dalej…
Ściąganie… zabronione?!, pomyślałam nerwowo w duchu. Nie dość, że posiadałam braki w znajomości wiedzy teoretycznej, a główny egzaminator, będący ojcem moich kompanów wywoływał u mnie lęk, który bezlitośnie umiał wywlec go na wierzch wprost z czeluści otchłani, jakim był mój umysł, to jeszcze jedyna droga, jaka mi pozostała do zaliczenia tego etapu została zamknięta. Odgrodzona osobnym, kamiennym murem. Oddzielona od świata żelaznymi kratami. Kiedy już się wydawało, że jestem tak blisko wyjścia z tej sytuacji z jakąkolwiek godnością, mój plan powoli się oddalał – nie byłam w stanie już go chwycić. Odleciał niczym latawiec porwany przez wiatr.
– Jak już wspominałem, macie dokładnie sześćdziesiąt minut, z zegarkiem w ręku będę to sprawdzał – uprzedził nas swym basowym, chłodnym tonem. Odchrząknął znacząco i nagle, kąciki jego ust uniosły się ku górze. – Zaczynajcie, i niech szczęście będzie z wami. – ostatnie słowa dodał ledwie słyszalnym szeptem.
Odetchnęłam z ulgą, tak jakbym spodziewała się, że Shun mógłby mnie pożreć wzrokiem. Skuliłam głowę i wlepiłam swoje oczy w test. Mogłam jedynie sobie wyobrażać, jak pusty jest mój wzrok, o jakiej niewiedzy, kłębiącej się w mojej głowie informował. Dlatego też starałam się na nikogo nie patrzeć. Chciałam skupić się na zadaniach, ale… nie potrafiłam. Czułam się bezradna. Ręce tych, którzy siedzieli obok mnie, nawet przez ułamek sekundy nie pozostawały w bezruchu. Zaś moje drżące dłonie były spowite przeplatanką paraliżu oraz podenerwowania. Nie, to już nie był strach przed tym arkuszem, od którego zależało naprawdę wiele. Mogłam nazwać to jedynie obawą – wbrew wcześniejszym pozorom nie miałam najmniejszego zamiaru zrezygnować ze ściągania. Warunek był jeden, musiałam to zrobić najprecyzyjniej i najciszej jak się dało. W przeciwnym wypadku nie tylko ja miałabym kłopoty, ale i także moi koledzy.
Oświeciło mnie. W takich typu sprawdzianach oraz pracach pisemnych zawsze znajdowało się zadanie, które pasowało każdemu. Wystarczyło tylko się dobrze wczytać w treść. Zanim jednak zabrałam się za realizowanie mojego pomysłu, jakaś część mnie chciała sprawdzić ile czasu straciłam na swoje desperackie przemyślenia.
12 minut… Nie możesz stracić więcej, Kushina, pomyślałam w duchu, skupiając się na ćwiczeniu pierwszym.
Niestety, było to dość bezcelowe. Niczego nie rozumiałam – tak, jakbym czytała zdania napisane w obcym języku. Osobno, słowa miały dla mnie większy sens, ich znaczenie było mi znajome,  zaś jako wypowiedzi oraz konstrukcje wyrazowe były nie zrozumiałe.
Nie obdarzono mnie umysłem ścisłym. W tej materii, niestety, pośród swojego klanu w Uzushiogakure byłam poszkodowana… Może z wyjątkiem mamy – ona również bardziej preferowała czyny jako wiedzę sprawdzającą umiejętności. Zawsze pamiętałam, jak ojciec marudził, jaka to ze mnie wykapana rodzicielka, nie tylko z charakterku. Ona też posiadała długie, karmazynowe włosy, nawet dłuższe od moich. U Uzumakich taki odcień nie był niczym odstającym od rzeczywistości – do naszej monotonii właśnie należała barwa czerwieni, która to zdobiła nasze kosmyki. Niestety, członkowie mojego klanu, odkąd tylko pamiętałam, cechowali się nieprzeciętnym zmysłem logicznego myślenia, podczas gdy ja po prostu bujałam w obłokach, mówiąc to, co ślina przyniesie na język. Dopiero później zamęczałam się rozmyśleniami nad swoim postępowaniem.
Rozejrzałam się nerwowo po sali egzaminacyjnej. W całym tym tłumie geninów odnalazłam Kusuri oraz Konami. Ich ołówki ciągle pozostawały w pracy, a miny były zacięte i zdeterminowane – ile ja bym wtedy oddała, by znaleźć się na ich miejscu… Na szczęście, spojrzałam na Tsume – ona zdawała się mieć podobny problem do mojego, jednakże także jej sprzęt do pisania nie leżał bezczynnie na ławce. Wręcz przeciwnie, dziewczyna starała się wykonywać zadania i nagle uśmiechnęła się chytrze, tak jakby odnalazła sposób na swoje kłopoty. Zrezygnowałam z dalszych obserwacji Inuzuki, gdy przed oczami stanęły mi postury Hiku i Taiyo. Ci to dopiero mnie rozbawili – nie dość, iż zostali posadzeni obok siebie, to ich miny były dokładnie takie same. Obaj nie wiedzieli, co robić, zupełnie jak ja. Jeden warty drugiego i na odwrót, a ja warta ich dwóch.
Moje niepewne spojrzenie także przykuła blond czupryna Minato. Ani trochę nie zdziwił mnie zapał, z jakim wykonywał zadania. W tym momencie naprawdę wydawało mi się, że jest w stanie zostać Hokage – jakaś cząstka mnie chciała go zobaczyć na tym stanowisku, wierzyła, że dosięgnie swojego celu. Był pracowity, zdolny, miał przyjaciół wszędzie… dlaczego ja taka nie potrafiłam być? Przecież należałam do ludzi, będących kompletnym przeciwieństwem Namikaze, a mimo to chciał się ze mną przyjaźnić… Dopiero teraz to zauważyłam, poczułam. Znienacka, błękitne oczy chłopaka zaczęły przeszywać moją postać. Ciepło oraz szczęście, jakie od nich biło było porażające. Mimo to, odwróciłam się momentalnie, gdy tylko nasze spojrzenia natrafiły na siebie.
Moje granatowe tęczówki znów natrafiły na zegar.
29 min… Czyżbym aż tyle straciła?
Schowałam swoją twarz w dłoniach i westchnęłam głęboko. Nie widziałam dla siebie żadnej nadziei. Nagle poczułam lekki ucisk na moim prawym ramieniu. Odwróciłam się zdziwiona i zaczęłam się przypatrywać brunetce, siedzącej obok mnie. Rozejrzała się czujnie po sali, zaś następnie zaczęła przysuwać swój test w moim kierunku.
– Co jest, tam teges? – zapytałam gwałtownie.
Dziewczyna natychmiast przyłożyła palec do ust.
– Chcę ci pomóc – szepnęła.
– Ale ja nie prosiłam o pomoc – zauważyłam.
Westchnęła głęboko. Podrapała się przez chwilę w głowę i westchnęła głęboko. Mimo to, nie zabrała kartki – a wręcz przeciwnie, brunetka nie poddawała się i dalej niespostrzeżenie pchnęła ją w moją stronę.
– Widziałam, jak cię traktują – powiedziała spokojnie. – Nie podzielam ich zdania.
– Nic ci do tego, to relacje moje i tych twoich koleżków – burknęłam, próbując odsunąć jej test. W tym momencie spojrzałam na swój arkusz. Biel kartki nieprzyjemnie kłuła w oczy, a mnie jedynie udowadniała moją bezradność, niewiedzę… – Przecież i tak sobie z nimi poradzę, już nie raz dawałam im po pysku! – uniosłam się.
O bogowie, jaka ja byłam głupia! Przecież to było wiadome, a wręcz oczywiste, że nie dam sobie rady z pisemnymi sprawdzianami umiejętności. A teraz, kiedy pomoc sama do mnie przyszła, ja próbowałam ją odrzucić… Przecież właśnie teraz tak bardzo jej potrzebowałam… Chciałam nie tylko sobie udowodnić, że cokolwiek potrafię. Pragnęłam, by wszyscy ujrzeli mnie, radzącą sobie z przeciwnościami losu. W wyobraźni widziałam siebie, uśmiechającą im się podstępnie w te ich zdziwione, niegdyś wrogie i przepełnione wyższością twarze. Może w końcu zaczęliby mnie traktować, jak równą sobie dziewczynę-emigrantkę, mieszkającą w Konohagakure. Jednak, w tej lepszej wizji rzeczywistości był pewien haczyk…
Co ja sobie wyobrażam, pomyślałam. Przecież ja nigdy nie będą prawowitą mieszkanką Liścia, oni o tym doskonale wiedzą. A gdyby się dowiedzieli, że posiadam bestię wewnątrz mnie, siejącą jedynie strach i spustoszenie… Brr. Na samą myśl wzdrygnęłam się, a na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. W końcu, przypomniałam sobie o istnieniu Dziewięcioogoniastego, umiejscowionego w moim ciele. Zaczynałam o nim zapominać, licząc, że naprawdę będę mogła żyć tak, jak kiedyś. Wolna… Jednakże, ówczesna teraźniejszość nie była na tyle kolorowa – jinchuriki nigdy nie zapomni, że na jego barkach spoczywa ogromne brzemię. W końcu, wystarczyło jedynie popatrzeć na te wszystkie wrogie zachowania i gesty ludzi… Tak jakby myśleli, że wraz z pieczętowaniem straciliśmy jakiekolwiek resztki człowieczeństwa…
– Masz rację, nic mi do tego – brunetka, wbrew moim oczekiwaniom, nie odpuściła. Nie zraziły ją moje pyskówki w jej stronę, a przecież szacunek starszym się należał. Jej test wciąż pozostawał w tym samym miejscu. – Ale… nie pochwalam zachowania moich towarzyszy z drużyny.
Poczułam, jak momentalnie powiększają mi się tęczówki. Nie, nie potrzebowałam litości oraz współczucia, ale sam fakt, iż ona sama to zauważyła mnie po prostu… zszokował. Nie sądziłam, że ktoś, kogo zobaczyłam pierwszy raz na oczy będzie umiał dostrzec, jak wiele osób mnie tutaj nie chce. Gwałtownie złapałam się za krzesło, nie miałam planach puszczenia go. Przynajmniej nie teraz. Moja dłoń była niczym żelazny chwyt.
Przełknęłam ślinę dostatecznie głośno, by znów zwrócić uwagę dzewczyny.
– Nie… nie pochwalasz, tam teges… – zaczęłam niepewnie.
– Nie – odparła kategorycznym tonem. Mimo to, obdarzyła mnie uśmiechem, a tego spodziewałam się najmniej. – I chcę, byś miała szansę im udowodnić, że nie są pępkami świata i że nie mogą tak bez powodu pomiatać ludźmi…
Bez powodu, pomyślałam. A gdyby się dowiedzieli o tym, że jestem jinchuriki i mieliby powód… to jakby to wyglądało?
Nagle moje rozmyślania przerwało znaczące chrząknięcie Shuna. Tylko tego teraz mi brakowało! Pewnie chciał już podać zasady do ostatniego pytania… I nagle, światełko nadziei rozpaliło się pewnie w moim umyśle. Mogę wszystko postawić na dziesiąte zadanie. Owszem było ryzyko, ale w mojej sytuacji desperacko potrzebowałam jakichkolwiek punktów, dowodów, iż wypełniłam jedno ćwiczenie… Bo w końcu, ja wciąż miałam na karku pusty test.
– Właśnie równo minęło czterdzieści pięć minut – oznajmił ojciec bliźniaków. – Czas na najważniejsze pytanie w całym teście…
No pięknie, to żeś trafiła Kushina, pokładasz nadzieję w zapewne najtrudniejszym pytaniu, skarciłam siebie w duchu.
– Jednakże, muszę was o czymś uprzedzić – kontynuował egzaminator główny. –Zanim na nie odpowiecie, wprowadzę was w realia shinobi… Życie ninja nie jest łatwe, musimy podejmować decyzje –albo misja, albo nasz kompan. Tak właśnie jest też tutaj.
Gdy Shun pogłębiał jedynie temat ostatniego zadania, miałam ochotę zatkać sobie uszy i nie słuchać jego wypowiedzi. Im bardziej zdawałam sobie sprawę z ryzyka, tym mocniej trwałam w przekonaniu, że mi się nie uda. Mimo to, postawiłam na szali, jakim było to dziesiąte ćwiczenie cały swój egzamin na chunina – nie mogłam sobie ot tak zrezygnować.
– Teraz macie szansę na rezygnację. Możecie dobrowolnie odejść, próbując podejść do egzaminu za rok – zaczął tłumaczyć. – Jednakże, gdy już zdecydujecie się zostać… no, tu pojawia się dla was problem, kochani. Całkiem pokaźny kłopot, nie powiem, gdyż odpowiadając źle na pytanie, możecie już dożywotnio wykonywać misje jako genini…
Co? O czym ten Shun mówił? Przecież… jak to: dożywotnio? Nie mogłam się skupić i na trzeźwo tego przemyśleć. Nie umiałam, po prostu, nie byłam w stanie. Musiałam zaryzykować, ale znając swoje szczęście zapewne bym i tak nie trafiła…
Mimo to, zauważyłam, że niektórzy już zaczęli się wycofywać. Najpierw pierwsza drużyna, potem druga, a za nimi kolejne. Egzaminatorzy wciąż wykreślali tych, co się poddali. Jednakże, wciąż posiadali swoją szansę, by spróbować w przyszłym roku. Też mogłam tak zrobić, ale wahałam się. Miałam cel – chciałam udowodnić im wszystkim, że jestem coś warta. I nie powinnam rezygnować tylko przez strach i obawy! Nawet jeśli bym odpowiedziała źle.
Inni genini kompletnie nie podzielali mojego zapału i uporu – sala wciąż pustoszała.
– Jun – zwrócił się półszeptem do jednego z egzaminatorów Shun. – Powiedz mi, ile ich zostało, co? Muszę wiedzieć, kiedy zakończyć ten ich czas, za długo teraz te dzieciaki myślą…
– Czterdzieści dwa – odparł po chwili zastanowienia.
– Hm… A było ich stu dwudziestu… – zaczął się zastanawiać.
Ojciec Hidekiego i Kiroia zakasłał tym razem, zawracając tym samym na siebie naszą uwagę.  Uśmiechnął się szczerze do nas wszystkich, podczas gdy ja niepewnie zaczęłam coś bazgrolić na zadaniach testowych. Pustych zadaniach testowych.
– Oświadczam wszem i wobec, że wszyscy, którzy znaleźli się na sali, zgodnie z zasadami, przeszli do drugiego etapu egzaminu na chunina – ogłosił entuzjastycznie Shun.
Ołówek sam wypadł mi z ręki. Akurat wtedy, kiedy skończyłam pisać niezwykle interesujące rozwiązanie do pytań.

Przepraszam, ale nie umiem tego rozwiązać. Mimo to, możecie być pewni, że o mnie usłyszycie. Udowodnię wam wszystkim, co potrafię.

             Nie zamierzałam tego ścierać, jednakże okazało się niepotrzebne. Właśnie okazało się, że zdałam.

*          *          *
Czekaliście na mnie? Pewnie nie, ale co tam.
Udało się, napisałam. Dziękuję bardzo Ushio za pomoc w napisaniu tego rozdziału. Wychodził mi dość opornie, zwłaszcza, że moje zwykłe przeziębienie przeobraziło się w poważne zapalenie uszu i musiałam spędzić cały drugi tydzień ferii na antybiotyku. I jeszcze morfologia oraz te bilanse… Pielęgniarka pewnie już posyła za mną listy gończe. A w niedalekiej przyszłości czeka mnie jeszcze ok. 7 badań. Więc mój zastój był jedynie spowodowany moim zdrowiem. Bardzo was za niego PRZEPRASZAM, jednakże zima tegoroczna mi zdecydowanie nie służy, ale zaraz wiosna – może się polepszy. No, w każdym razie ja (mam nadzieję, że mi się uda) humorki poprawić wam mogę, bo oszacowałam, że do wielkiej sceny porwania zostały mi do opisania jedynie dwa, góra trzy rozdziały.
No, i komentujcie. Będę bardzo wdzięczna za wasz odzew.
Trzymajcie się ciepło, blogerowe potworki.
Is.

PS. Chyba dopadło mnie zwątpienie, więc Rina - możesz wezwać PPP. Zdaję sobie sprawę, że ta notka wyszła źle, koszmarnie i nie ma tam żadnej mojej inwencji twórczej. Za to też was przepraszam.
Wiem, że w tym rozdziale tak jakoś mało akcji wyszło, ale w następnym rozdziale będzie jej zdeycdowanie więcej, no przynajmniej dam słowo, że się postaram.

I myślę sobie, że jak znajdę chwilę, to poprawię ten rozdział. Zmienię troszkę jego treść, jak mnie najdzie pomysł.